DOBRANOC LAURO, DOBRANOC R.


teraz chciałabym
pomilczeć.

1

O BABCE, KTÓRA NIE PRZYCINA WŁOSÓW ANI KRZAKÓW MALIN


babka zaprowadziła nas do sadu. ona wzięła ze sobą ciężkie, drewniane sztalugi i kilka kolorów akwareli w kostkach. sad mieścił się zaraz za starym domem, w którym umarł dziadek i potem wszyscy przeciągle płakali, jak wilki. do dziś nikt nie opróżnił domu z łez i ona boi się spoglądać przez okna do środka, bo podobno wyrosły tam ryby, które pokazują brzuchy pełne starych narzędzi dziadka. powiedziałam onej, że mogłybyśmy dostać się na dach i wpuścić kilka kostek jej farb, żeby woda zrobiła się brązowozłota, jak tęczówki dziadka na zdjęciach, ale ona woli to namalować na papierze, bez ryb; miedza, prowadząca do sadu, porośnięta jest z dwóch stron wysokimi krzakami malin, których od dawna nikt już nie przycinał. latem zbierałyśmy te maliny do wiklinowych ubijanek i zanosiłyśmy na targ, albo robiłyśmy z babką słodkokwaśne powidła, od których lepiły się palce a potem cała piwnica; na końcu miedzy zaczynał się sad. to był ten wycinek świata, do którego tylko my miałyśmy swoje baśnie. otaczały go dwa rzędy cienkich jak śniące powieki drutów, ozdobionych małymi kolcami, podobnymi do tych z korony cierniowej, w którą ubrany był jezus z obrazków wiszących nad łóżkiem babki. nikt nie mógł się tam dostać, oprócz nas. z zewnątrz sad wyglądał normalnie, wszędzie rosły długie rzędy zmęczonych jabłoni, uginających się pod ciężarem jabłek i wron. my widziałyśmy Prawdziwy sad, taki który ona przenosiła potem na swoje obrazy. na drzewach rosły wielkie, czerwone krople krwi, jak te z czoła pana jezusa. ponad sadem kołowały nieustannie błyszczące wrony i kilka innych rzeczy, o których nie wolno nam mówić; gdy wkraczałyśmy do sadu oczy babki zawsze smutniały a siwe włosy wydawały się rosnąć, aż w końcu musiałyśmy z nich wybierać suche listki, które zbierały z trawy. ona powiedziała mi kiedyś, że babka postanowiła przerobić sad na grób dla niej i dla dziadka, ale on umarł pierwszy i teraz nie ma już kto wyciąć drzew i posadzić krzyży. którejś nocy ona powiesiła nad łóżkiem babki mały obrazek, jeszcze mokry od brązowozłotej akwareli. tej nocy babka umarła a my dorysowałyśmy jej drobne ciało do pustego miejsca obok dziadka.

12

BAŚŃ O TYM, JAK ZIMUJĄ OGRODY, fragmenty


tamtej zimy ona i ja mieszkałyśmy w małym klasztorze w jawiszowicach, niedaleko drewnianego, barokowego kościółka, który wieczorami wydawał się zapalać od pogrążającego się w horyzoncie słońca. babka od początku przygotowywała nas do zakonnego życia, nie wiedząc jeszcze, że ona patrzy na księży jak na wygłodniałych miłości chrystusów, tylko że już bez krzyży u pleców i bez dziur, przez które mogłaby przewlekać swoje czarne rzemyki z gęstymi jak bursztyn odłamkami kolorowych kamieni, które gromadziła na strychu w pudełkach, i których tak jej zawsze zazdrościłam. myślę, że babka chciała nas uchronić od mężczyzn, bo nie wierzyła ich wielkim dłoniom i skurczonym jak suszone śliwki sercom; tamtej zimy było dużo śniegu i wiatru, tak, że siostry służebniczki w ogóle nie wypuszczały nas na dwór, do sadu, albo trochę dalej, w przydrożne kapliczki, gdzie mogłybyśmy wpatrywać się w smutne rzeźby aniołków z utrąconymi nóżkami. ona milczała coraz więcej i coraz głębiej, jakby te ciążące od ciszy usta zapadły się w niej i już nigdy nie miały pozwolić jej do mnie przemówić inaczej, jak tylko rozdrżanymi gestami, którymi zdawała się odpędzać od siebie zimne powietrze, albo coś znacznie straszniejszego; codziennie o piątej rano budziła nas najstarsza z sióstr, helusia, i prowadziła do kaplicy na jutrzenkę. ona modliła się przez zamknięte szczelnie oczy a ja obserwowałam przez brudne szyby, jak przybywa śniegu i jak powoli znika świat, do którego miałyśmy przecież niedługo wrócić. śniegu przybywało, jak kwiatów przy drewnianym krzyżu umieszczonym na środku ołtarzyka w kaplicy, które ktoś musiał przynosić tu w środku nocy, bo przecież rano zawsze były świeże. ona napisała mi kiedyś palcem drażniącym powietrze, że siostry biorą kwiaty z zimowych ogrodów, które robią im z miłości księża; od zakonu, w którym mieszkali mężczyźni, dzieliła nas tylko gruba krata i ciemny, długi korytarz, którego bałyśmy się najbardziej. czasami słychać było na nim kroki, ale nikt się nie pojawiał, nikt nie przynosił do nas białych, puszystych chryzantem ani pomarańczowych, nastroszonych strelicji. korytarz wiódł do świata, o którym śniła nocami ona i który odruchowo odtrącała od siebie, jak zimne powietrze, albo coś jeszcze straszniejszego; po obiedzie, gdy wszystkie siostry zajmowały się sobą i swoim bogiem, ona i ja odwiedzałyśmy mały, pachnący wilgocią i starą skórą pokój, w którym leżała siostra helusia. miała dziewięćdziesiąt lat, ale wydawała się dużo młodsza. miała gładką, wypolerowaną światłem i miłością twarz, która najwięcej mówiła nam o jej bogu. siostra helusia miała powieszony nad łóżkiem obraz przedstawiający ruchomego chrystusa, który ona postanowiła ukraść zaraz po jej śmierci. teraz być może leży w którymś z pudełek, przysypany ciężkimi, kolorowymi kamyczkami o gęstości bursztynu. siostra helusia zawsze długo gładziła oną po jej złotych, miodowych włosach i opowiadała baśnie, w których okna domów wyglądały jak skrzela ryb a świat na zewnątrz pachniał morzem i rozgrzanym piaskiem. ona nie lubiła tych baśni. nigdy nie widziała morza z bliska i dużo bardziej wolała swoje zamglone, pachnące wiśnią i fermentującymi jabłoniami sady, w których można się było zgubić, albo odnaleźć. gdy siostra helusia umarła, byłyśmy już daleko poza klasztorem, ale wyobrażałam sobie, że położyli ją do trumny wypełnionej po brzegi białymi muszelkami, wyciągniętymi z jej morza za oknem. potem długo śniło mi się w nocy, że pływam po klasztorze, który wypełnił się cały wodą i siostry musiały skrócić swoje habity, żeby się w nie nie zaplątywać. siostry helusi tam nie było, ale był jej pokój i obrazek z ruchomym chrystusem nad jej łóżkiem; którejś nocy ona postanowiła dostać się za kraty i przejść cały korytarz po ciemku. nie pamiętam, jak to się stało, ale potem byłyśmy już od razu po drugiej stronie, zupełnie tak, jak dzieje się to w snach. miałyśmy na sobie białe, długie koszule nocne i musiałyśmy w nich wyglądać jak zamarznięte na śmierć topielice, przechadzające się ciemnym dnem jeziora. ona położyła dłoń na ciężkiej, mosiężnej klamce i wpuściła do naszego korytarza białe, męskie światło. po drugiej stronie pachniało inaczej, niż po naszej. zapach przypominał nam trochę ten, który babka hodowała latami na starym swetrze dziadka, który został jej po jego śmierci i którego rękawami kazała sobie zawsze przed snem obwiązywać ciało, zupełnie tak, jak robił to zwykle dziadek, gdy jeszcze żyły jego ręce. babce jednak nie przeszkadzają puste rękawy, są nawet jak mówi dużo bardziej miękkie i silniej przywierają do ciała; zapach ze swetra dziadka unosił się więc po całej męskiej stronie zakonu. na ścianach wzdłuż korytarzy wisiały teraz wielkie obrazy oprawione w grube ramy z ciemnego drewna, przedstawiające jakieś męczennice. oczy onej zdawały się pożerać te wszystkie bolesne, ogniste sceny, które nie do końca rozumiałam. jedna z męczennic była bardzo podobna do nas.

3

BAŚŃ O TYM, JAK ONA CHCIAŁA, ŻEBY KSIĘŻYCOWI WYROSŁY DŁONIE


ktoś nie tak dawno nadał onej imię Luna i zaślubił ją z księżycem. nikt jednak nie powiedział, kiedy będzie mogła spotkać swojego ukochanego i wypełnić ciałem jego smutek. ona co noc czekała, aż łatwopalna sukienka zajmie się jego chłodnym światłem, które spływało do jej stóp z ciemnego nieba. okno z każdym dniem robiło się coraz bardziej zimne. w końcu zabrało policzek onej, gdy ze zmęczenia przytuliła go do szyby. księżyc nie przychodził. zazdrosne dziewczyny odwiedzały oną każdego wieczoru i opowiadały o kobiecie, której umarła siostra. kobieta ze smutku tak długo głaskała księżyc, że bóg pozwolił, aby urosły mu długie, srebrzyste włosy i lodowate piersi, podobne do tych z trumny, którą połknęła ziemia. którejś nocy ona pokochała i księżyc-kobietę. zmarzniętymi dłońmi zaczęła haftować wtedy w powietrzu najpiękniejsze wiersze, chcąc sprowadzić ją do siebie. ukochana jednak wisiała wciąż martwo na niebie, i tylko przybywało, albo ubywało jej ciała. Luna nie miała już policzka, lewej strony czaszki, ramiona i biodra. noc w szybie czekała na Pełnię.

8

DLACZEGO NA WSZYSTKICH ZDJĘCIACH BABKA MA USTA WYPCHANE KORĄ


dziecku zabroniono głaskać dziadka. dziadek po stu latach czekania zamienił się w korę i przestał przyjmować gości. zamiast oczu dostał teraz głębokie, spróchniałe na brzegach dziury, przez które wystają na wierzch dwie, wielkie, wiewiórcze łapy i chwytają dzieci za gardła. ona mówi, że dziadek zapomniał swojego imienia a potem ktoś w żartach nazwał go drzewem i nogi same wbiły się w podłogę. teraz dziadek może obejmować wszystkie fotografie babki ze ścian w całym domu.

ONA MÓWI, ŻE DZIADEK ZOSTANIE ŚWIĘTYM, BO ZACZĄŁ KRWAWIĆ NA ZŁOTO.

0

CO WYROSŁO ZA OKNEM, DZIEWCZYNKO, ŻE BOISZ SIĘ ZA PARAPET WYSUNĄĆ STÓPKI?


zeszłej nocy ktoś wyprowadził z naszego pokoju światło. światło wyprowadziło się za okno, za księżyc i jeszcze trochę w lewo, powiedziała ona. dzieci będą się bać, dzieci będą się bać. od wczoraj wieczorem spacerujemy po pokoju z kadzidłem, wokół wyrastają ołtarze i onej coraz bardziej chce się kochać. ona mówi, że jezus nie miał czasu a potem umarł na krzyżu.

ONEJ NIE DANO DOTKNĄĆ MĘŻCZYZNY.

0

NASKÓREK DZIEWCZYNY PACHNĄCEJ PAPROCIĄ


pękła ściana, lustro rozlało się na podłogę. teraz wszystko będzie pachnieć oną: ziemistą, leśną nutą paproci i mchu, darszanem. lustro rozlało się na podłogę i przyszła jesień, złote włosy onej pokryły się kasztanową akwarelą, ściągniętą na deszczu ze starego drzewa; myślisz, że w słowach można kochać bardziej niż w łóżku? chcę ułożyć z nich grząskie podłoże, w którym jesienna dziewczyna mogłaby się zatracić, bardziej niż w pieszczotach swojej kochanki;


16

DZIEWCZYNA, KTÓRA ZE STRACHU PRZED ŚMIERCIĄ, CHOWAŁA CHŁOPCA W LODÓWCE


w starej szafie babki, zamiast letnich sukienek, wisiały dawniej ciężkie skóry w kolorze alabastru, w które przebierały się jej dojrzewające córki, a potem wnuczki. wszystko działo się po cichu, w samym środku zimy. chłopcy umierali, ale ich zapach nie znikał, pozostawiając ślady na dziewczęcych ciałach, więc babka zaczęła szyć świeże skóry, które nie znały jeszcze dotyków ani głodnych ust. ona nigdy nie zaglądała do starej szafy babki. czasem bała się, że gdyby któraś z nas ją otworzyła, to wypadłyby z niej ciała tych wszystkich chłopców, o których babka była zazdrosna. teraz schody, którymi szło się na strych, porósł mech i długa broda dziadka. dziadek od czasu pogrzebu wciąż siedzi w swojej ruchomej piwnicy i głaszcząc kota, czeka na śmierć.

PO ŚMIERCI LUDZIE ZDEJMUJĄ SKÓRY I NIE MOGĄ SIĘ DOTYKAĆ.
ONA NIE CHCE UMIERAĆ.

28

ZASUSZONE KRUKI, SZKLANKA DESZCZU I OBRAZY LAURY


ona siedzi nago w prawym brzegu każdego z jej obrazów. miejsce na oczy wypełniają teraz twarde grudki ziemi, przyniesione jesienią z pogrzebu babki. przez jedno z płócien, co noc, parami, wchodzą do mieszkania sarny, ociekające jeszcze gęstą, brązowozłocistą farbą, nierównomiernie rozłożoną na ich kościstych grzbietach, rozrywających górne fragmenty obrazu.

BABKA ZAWSZE POWTARZAŁA, ŻE NIEBO TO JEST ZIMNY BRZUCH BOGA:
GDY KTOŚ GO PRZETNIE, TO WYPADAJĄ Z NIEGO NASIONA.
Z NASION WYRASTAJĄ POTEM PTAKI, Z KTÓRYCH BABKA ROBI NA WIELKANOC SUSZONE BUKIETY.

w którymś momencie ona przestała być tą Złą, która wnosi do mieszkania deszcz i stada nieoswojonych wilków. pogłaskała mnie po buzi, potem zaczęła malować obrazy, przez które przychodziły do nas sarny. w szpitalu było ich pełno. ona pozwalała bawić się z nimi znerwicowanym pacjentkom, które straciły głowy, jakby to były serca ich ukochanych chłopców. babka często powtarzała, że wszyscy ci, którzy za bardzo kochają, muszą mieć serce rozłożone pod skórą, dlatego gdy ich boli, chcą je wyciąć żyletką.

W SZPITALU, WSZYSCY POD RĘKAWAMI NOSILI BLIZNY PO WYCINANIU SERCA.
ONA WYMYŚLIŁA, ŻE ZAMIAST BANDAŻY BĘDZIEMY NOSIĆ BŁĘKITNE, PLASTIKOWE BRANSOLETKI.
GDY LEKARZE KOŃCZYLI DYŻUR, ONA ROBIŁA Z WARIATEK KRÓLEWNY.

9

BAŚNIE LAURY DUVALL, SARNY I GABLOTKA ZE SNAMI


ona nazywa się Laura Duvall. poznałam ją w szpitalu, między chłodem okiennych krat a ogrodem, w którym zamiast tulipanów posadziła brzozy. nigdy nie chciałam się nią dzielić. ludzie są źli, mówiłam. nocą, gdy ona zasypiała, wyciągałam stare farby i zamalowywałam nimi drzwi i okna. powietrze przesiąkało kolorem i nad ranem trzeba było go ścierać z ciała i z mebli. onej nigdy nie pozwoliłam wyjść poza nasz Pokój. namalowałam dla niej księżyc, którego mogła dotykać i światło, które przeciągała sobie przez biodra.

ONEJ ŚNIĄ SIĘ TYLKO TE RZECZY, KTÓRE WIDZIAŁA NA MOICH OBRAZACH.

44

LUNATYCZKA ZJADA KSIĘŻYC A POTEM WRACA DO ŁÓŻKA


ona, śmieją się z nas. na ulicach ludzie szepczą, że jesteśmy wariatki. teraz robią to coraz głośniej, bo nie trzymasz mnie za rękę. ona, ja nie chcę już tam wracać. nie chcę wracać do tego miasta, które nigdy nie śpi. ono patrzy rozgotowanymi oczami latarni, gdy nie schowasz mnie dokładnie, całej pod kołdrą. kiedyś zacznie odkrawać nieprzykryte, wystające kawałki naszego ciała. czy wtedy uwierzysz mi naprawdę? nie patrz się na mnie tak, jakbym wciąż mówiła przez sen. to ty jesteś wariatką, którą powinno się zamknąć w słoiku i trzymać głęboko pod łóżkiem.

ONA POŁYKA NA NOC ŻARÓWKI, ŻEBYM NIE BAŁA SIĘ CIEMNA POD KOŁDRĄ.

wiesz, ona, szpital pachnie jak buzie umierających ludzi. wolę, żebyś wzięła mnie do Lasu. od kilku tygodni szyje saren zaczęły się wydłużać. teraz zawijają się wokół drzew. chłodny mech wchodzi im w gardła, pokrywa oczy. na powiekach zakwitło coś, co musi ranić, gdy się je na chwilę zamyka. wiesz, ona, tutaj wszyscy mówią o tym, jak im smutno. wieczorami chodzę od jednej salki do drugiej i opowiadam baśnie na dobranoc. czasem pozwalam jednej z dziewczynek zasypiać w moich włosach. ona tak dużo płacze przez sen. boję się, że kiedyś nad ranem mogłaby nas utopić.

LAS WRASTA ONEJ W SKÓRĘ, POTEM ONA WYPEŁNIA SIĘ ZIEMIĄ.

odkąd nas tu zamknęli, przy łóżku onej co noc sypia wilk. wilk pilnuje nas, gdy cały szpital zaczyna lunatykować.

16

WILK, SKÓRA DZIEWCZYNY I KOŁDRA Z POWIEKI


ona przykłada twarz do wody. woda obejmuje szczelniej niż szkło, mówiła babka, nim wypadła z dziurawego okna na drugim piętrze kamienicy. nie zatrzymała jej siwa wstążka zahaczona o gwóźdź we framudze, nie zatrzymało jej lipcowe powietrze, pełne kurzu i ulicznego piasku. babka leży teraz na drugiej stronie podwórka, skąd czasem wykopują jej spróchniałe kawałki dzieci dozorcy albo ich czarny dog.

W MIEJSCU PO BABCE WYROSŁO WIOSNĄ DRZEWO, KTÓRE OD RAZU BYŁO STARE.

o babce nikt nie mówił głośno, bo nawet bez ciała potrafiła wracać i wydłubywać krzywymi palcami oczy ze starych twarzy sąsiadów. dzieciom babka zabierała jedynie po małym wycinku skóry, najczęściej z łydek. teraz zszywa je w nową skórę, żeby wrócić, gdy ona poczuje się za bardzo samotna i stanie w oknie drugiego piętra kamienicy.

ONA NIE BOI SIĘ ŚMIERCI, BO BABKA SZYJE DLA NIEJ NOWĄ SKÓRĘ Z DZIECI.

od tamtego czasu woda zrobiła się bardziej gęsta: gorąc rozpuścił szminkę na ustach i włosy. ona raz jeszcze przykłada twarz. sok z wanny wpada do uszu, potem robi się głucho, jak w świecie pod pościelą, albo w ziemi, gdzie babka wyszywając nowe skóry, podgląda swoje okno na drugim piętrze.

6

W CIAŁO ONEJ PRZYCHODZĄ NOCĄ SARNY


ona nie śpi. na stoliku obok łóżka leży drewniana szczotka z włosami, rozlany wosk, światło. kłębki włosów na szczotce wyglądają jak skulone pająki. jest cicho. nocą nie koszą trawy, wyrastają nowe drzewa. z zamkniętymi oczami ona zawsze pachnie żywicą, jak nasze lasy na prześcieradłach, jak konfitury babki z włosów, zamknięte w słoikach z miodem.

33

CIAŁO Z MIODEM, OSWOJONE SARNY I NOC


ona, dlaczego nie potrafisz zasnąć? nie możemy ciągle uciekać. tak długo już patrzę na ciebie. milczysz. nacięta w kilku miejscach skóra unosi się w przeciągu, potem opada, jak kolejne strony baśni andersena. jesteś taka spokojna, gdy malujesz swoje jednorożce. lekko otwarte usta łapią powietrze jak czary, albo wodę. uśmiecham się. trzęsą ci się rączki, gdy tak nerwowo strugasz te swoje świecowe kredki; ona, zabierzesz mnie gdzieś dzisiejszej nocy? nad tą srebrną sadzawkę, w której umarła babka. tam, gdzie potem my wzięłyśmy ślub, jak wariatki, jak dzikie, słowiańskie wiły. nie chcę już stamtąd wracać. on nas znajdzie, będzie wiedział gdzie szukać. nałożę na jego plecy lisią skórę, będziemy sypiać na suchych gałęziach, kochać się w otwartych brzuchach ziemi. ten pokój zamkniemy na klucz. nikt nigdy nie będzie nas już budził.

8

Z ONĄ WIDUJĘ SIĘ JUŻ TYLKO CIAŁAMI


nocą ona wypycha mi gardło sztywną kołdrą, żebym nie krzyczała. na zewnątrz domu ktoś śmieje się z naszego strachu, podrzuca do pokoju ćmy rozmiaru starych, męskich dłoni i nie pozwala zasnąć. ona nie może dłużej patrzeć na to, czego się boję, wyprowadza mnie tylnymi drzwiami. na ulicy stopy przyklejają się do ciepłego asfaltu i zaczynam się śmiać. ona chwyta mnie mocno za rękę i każe być cicho. ufam jej, wydaje się być starsza i trochę zaczarowana. biegniemy między ostrymi żywopłotami, gubimy kształty i miejsce, do którego mogłybyśmy wrócić. powietrze pachnie deszczem i słodką miętą, którą nacierała mi łydki.

ZASTANAWIAM SIĘ, CZY ISTNIEJĄ LUDZIE, KTÓRZY NIE BOJĄ SIĘ INNYCH,
BO MYŚLĄ, ŻE SĄ NIEWIDZIALNI.

zatrzymujemy się w parku jordanowskim. siadam po turecku na mokrej, zielonej ławce i patrzę na oną. jest piękna. wyobrażam sobie, że gromadzą się wokół nas miejscowi chłopcy i wszyscy patrzą na długie włosy onej, które tylko ja mogę głaskać. potem połykają powietrze wokół nas i zaczynają zbierać z chodnika deszcz, który ściekł po naszych nogach.

DESZCZ ZABIERA LUDZIOM ZAPACH.
PO DESZCZU CHODNIKI NA CAŁYM ŚWIECIE PACHNĄ DROGIMI PERFUMAMI.

ona wyjmuje teraz z drewnianej walizki skrzypiący akordeon, zapala papierosa, wsadza go sobie do buzi i zaczyna grać jakąś smutną melodię. siada na zimnym murku, rozkroczona i pełna ulicznego światła. wygląda trochę jak praski chłopiec, ale lubię ją taką. sprowadza do nas koty i kulawe psy. dorośli nie powinni o niej wiedzieć. melodia onej może mieszkać tylko w snach, w głowach nieszczęśliwie zakochanych dziewcząt, które zamiast sukienek przymierzają do lustra krępe sznury.

W PARKU JORDANOWSKIM BYŁA HUŚTAWKA, NA KTÓREJ PODOBNO
ZARDZEWIAŁO KIEDYŚ DZIECKO.

20

DOKĄD IDZIE KAMI, GDY POJAWIA SIĘ LAURA?




22

O TROCINOWYM DZIADKU I SYROPIE NA KASZEL


wszyscy siedzimy przy stole w kuchni. babka trzyma w rękach zapaloną gromnicę. ona patrzy, jak jej pomarszczone dłonie wygładza powoli topiący się wosk. babka od dawna nie czuje już bólu. jest tak, jakby umarła, ale mogła jeszcze do nas mówić; siedzimy wpatrzeni w trzęsące się okno, wszyscy mną z nerwów żółtą ceratę w kwiaty. dziadek kaszle, ssie głośno miętowe cukierki i wymienia spalone żarówki. ona najbardziej lubi dziadka. siedem lat temu, gdy zgubiły się z siostrą, babka płakała a dziadek szukał ich w studni. wczoraj ona pomyślała, że to byłby ładny grób.

DZIADEK WOLI, ŻEBY SPALIŁO MU SIĘ JEDNO PIĘTRO,
NIŻ ŻEBY STRAŻACY ZALALI WODĄ CAŁY DOM.

ona pamięta, jak matka pracowała na noce a pijany ojciec nie wracał do domu. zawsze przed wyjściem wołała je do kuchni po dwie łyżeczki syropu na kaszel. siostry zasypiały na podłodze, przytulając wspólnego pluszowego misia, którego kupiły z dziadkiem na cyrkowym straganie. miś miał dziurę w brzuchu. nad ranem matka znajdowała siostry z kawałkami trocin zaschniętymi na policzkach.

MATKA PŁAKAŁA I PODAWAŁA NAM PO DWIE ŁYŻECZKI
HYDROXYZINUM, ŻEBYŚMY NIE UMARŁY ZE STRACHU.

63

Z CZEGO ZROBIONE SĄ CIAŁA W SNACH


najważniejsze były wieczory, zamknięcie okien, uspokojenie ciem w słoikach; nocą mieszkanie połyka powietrze razem z zapachem, nikt cię nie znajdzie - mówi. ona przewraca pościel na drugą stronę, tam, gdzie jej nie ma. na ścianie drga odbite światło księżyca, biegają czyjeś palce, nocują ujarzmione cienie; babka opowiadała kiedyś onej o lalkarzu, który wędruje po miastach z drewnianą walizką, w której trzyma swoją ciepłą marionetkę. lalkarz odwiedza nocami dziewczynki, które się nudzą. nie można się przed nim ukryć, bo ze swoim skrzypiącym teatrzykiem wchodzi pod kołdry, odgarnia powieki i wślizguje się w sny; jest już po drugiej stronie. siedzą teraz na czerwonym dachu jakiegoś domu z dzielnicy liliputów, w pradze. lalkarz częstuje oną wielkim, czekoladowym, kubańskim cygarem. onej robi się dobrze. wyjmują z walizki scenę, widownię i marionetkę. teraz wszyscy siedzą już na swoich miejscach, obracają głowy dookoła szyi i mrugają oczami. ona siada w pierwszym rzędzie, obok jakiegoś jegomościa w cylindrze, który zamiast palców ma gołębie pióra i łaskocze sąsiadów po nogach. lalkarz wprowadza na scenę marionetkę. marionetka jest ciepła, palą się jej włosy i drewniane piersi. ona też chciałaby być czyjaś na własność; dłonie lalkarza są tak bardzo delikatne, zadbane i precyzyjne w ruchach. reszta jakby nie istnieje. nikt nie potrafi wyobrazić sobie jak mogłoby wyglądać jego ciało, twarz i oczy. najważniejsze są dłonie i pajęczyny sznureczków, którymi wabi marionetkę w swoją wyobraźnię, pozwalając jej przez te kilkanaście minut przedstawienia posiadać żywe ciało, które w ostatnim akcie może cicho i bezpiecznie umrzeć. ona myśli ze smutkiem o tych wszystkich lalkach, których nigdy nie znajdą dłonie, pozwalające zasnąć na zawsze. zasnąć, nim dziewczynka się obudzi.

39

MÉLODIE D`AMOUR CHANTAIT LE CORPS D`EMMANUELLE


w małej gablotce, która wisi od południowej strony domu, ona kolekcjonuje ludzkie dłonie. większość z nich jest wielka i szorstka. większość z nich wchodziła przedtem w jej ciało (ciało onej to tylko te ruchome kości bez poszewki, z mokrym piaskiem zalepiającym łokcie i kolana, przesypującym się ciężko jak krew); ona, czy ty w ogóle słuchasz dziś mojej baśni? proszę cię, nie płacz już. od kilku nocy sypiasz z nożykiem pod poduszką, jakbyś chciała zabrać dłonie komuś z twoich snów. opowiesz mi o nim? patrzę na nas dwie i boję się, bo już ze sobą nie rozmawiamy. całymi wieczorami siedzisz na parapecie i palisz papierosy, jakbyś na kogoś czekała. nie czekaj, nie na nią. ona już nigdy nie przyjdzie. zostałyśmy znowu same, schowane w jednym swetrze, w tym samym liście, w brudnym lustrze wiszącym na ścianie. napiszę kiedyś baśń, napiszę ją o tobie, o mojej smutnej dziewczynce, trzymającej błękitne ważki w rękawach swojego swetra. napiszę o naszym mieszkaniu, pełnym saren i mchu, który wchodzi pod paznokcie, jak skóra chłopca, albo jak kora młodej jabłonki. ona, w twojej gablotce są dłonie, które wydają się być jeszcze ciepłe. odsunę szybkę, wyciągnę szpilki, obejmę cię całą do snu. boję się tej ciszy, w której słychać, jak bardzo cię boli.

15

JAMAIS, JAMAIS, JAMAIS


już nigdy nie wierz w miłość dziewczyny, Lauro. nigdy.

13

RESTENT DES POINTILLÉS, RESTENT DES POINTILLÉS


gdy śpię, ona wynajmuje ciało baśniom. tylko pokój jest bardziej ciasny niż wczoraj. bardziej bez powietrza, jak my, zaplątane cicho we włosach i wargach. wieczorna burza spływa złotem po firankach; zatrzymuję się na twoich rozścielonych biodrach, jak światło, które wchodzi w cień. nie patrzysz, jest burza. przez okno drzewo wnosi do domu deszcz.


17

NOTRE PERE QUI ETES AUX CIEUX ACCORDEZ UNE HEURE


ona rysuje palcem deszczowe miasto, napędzane nocą łańcuchami dorożek, leniwie ciągniętych przez zardzewiałe klacze. zwierzęta z disneyland`u mają wycięte powieki. nie wolno nucić kołysanek, nie wolno zasypiać. w mechanicznym mieście onej zgarbieni stangreci nigdy nie wracają do domów. przejeżdżając bocznymi uliczkami, wpuszczają swoje długie szyje w okna i zaglądają do cudzych mieszkań, po kryjomu częstują się rosołem i światłem. jeden z nich pokazywał mi kiedyś wielkiego kota z brzuchem wypchanym stadem ptaków, które wciąż leciały na południe. kot spał na jego kościstych kolanach, miał powieki rozciągnięte na kilkanaście centymetrów, jak klisze, przez które mogliśmy obserwować jego sny. podczas jednej z takich deszczowych nocy onej przyśniła się dziewczyna przymarznięta trzewikami do ulicy. obok niej sunęły leniwie dorożki. stangreci wysuwali swoje długie szyje, przykładali nosy do jej ciała i zabierali stamtąd cały zapach. śmiali się i mówili do siebie po cichu: smutna dziewczyna nie pachnie i znika. ona obudziła się podczas pogrzebu. wzięła kartkę i zaprojektowała wszystko od nowa. małe miasto napędzane nocą ruchomymi gwiazdami, które toczą po ulicach światło. od światła jest ciepło i ludzie nie zamarzają. dziewczyny śpią w swoich pokojach a chłopcy budują kolorowe disneyland`y. na tyłach są jeszcze ciemne, niedokreślone miejsca, w których można się kochać. ona nie patrzy.

39

MON DÉLIRE, MON DÉLIRE, MON DÉLIRE


od kilku nocy przy chudej kości jej uda szczeni się pies, którego nie znasz z imienia. przez otwarte w ciele okno czuć zapach kobiecego podwórka. boisz się i przesuwasz dalej, boleśniej, ciaśniej. we wnętrzu skóry ktoś posadził las. teraz, gdy tu jesteś, rozwiesza na drzewach wielkie szklane gniazda, w których odbija się południowe światło i twoje dzikie włosy. widziałaś to: stada ptaków odlatujących na zimę z podziurawionymi krtaniami, przez które widać było pozłacane, trzepocące na wietrze kolekcje strun albo może włosów, które zostawiłaś w gęstym szkle. ona, nie bój się, teraz możesz podejść jeszcze bliżej. jej na w pół otwarte ciało, na które patrzysz, to mięsisty nie-pokój z porozrzucanymi oknami, przez które wchodzą nocą psy. gdy będzie już spała, położysz się obok gołych szczeniąt wyjadających jej z uda, zasklepisz ciało między gardłami i mięsem. nad ranem posadzisz w oknach pelargonie.

5

DANS LES SALONS BLEUS DE LA CLASSE SUPÉRIEURE


jest cicho, jest prawie noc. przez niedomknięte drzwi słychać jak ona wkłada sobie rękę we włosy i starannie wydziela z nich długie pasma, z których babka głośno lepi teraz dwa grube warkocze. babka onej zawsze powtarza, że chciałaby zostać pochowana w tej czarnej sukni, na której zebrała włosy wszystkich swoich wnuczek. odkąd zaczęła czesać, nigdy nie użyła do tego grzebienia. jej stare, zgrzybiałe palce lubiły krwawić nacięte pojedynczymi włosami wyciąganymi z głów najbliższych członków rodziny. ona do dzisiaj używa jej twardych palców, jak skostniałego grzebyczka, który odnosi potem do ciemnego pokoju na strychu.

2

ET LES FILLES A L`ÂME ROMANTIQUE ET ENSORCELÉE


był sen, był listopad. utuczone kasztany spadały z drzew i pękały jak serca. podczas jednej z najbardziej deszczowych nocy, na dnie srebrnej sadzawki, długowłosa ona całuje czerwonowłosą ją. księżyc opadł tak nisko, że można gładzić go ręką. ona, słyszysz? ktoś w parku rzuca zaklęcia. ktoś podpatruje, jak pragną się dwie dziewczyny opadnięte na dno wody. dwie drobne topielice, w sukienkach wyszywanych złotymi płetwami welonek, od których razi w oczy. dziewczyny w skórach cienkich jak kożuszki z mleka. nie bój się, ona. te odgłosy to tylko zamrożone ptaki i kasztany, które wiatr zrzuca z drzew. nie wychodź z sadzawki, bo on wciąż tu jest. czeka na ciebie. ma długi płaszcz, pod który przygarnia kamienie z śpiącymi pod nimi pająkami. ma złe dłonie pełne zaklęć, od których zapomina się swojego imienia i drogi do domu. ona, jesteś tam? śniłaś mi się taka. zaklęta na zawsze w kwiatach paproci. tak bardzo chciałam się wtedy obudzić. listopad dobiegał końca i nasz dom znikał powoli pod ciężką warstwą śniegu. przez okno widać było tylko biel, jakby ktoś ułożył w całym mieście stos z ludzkich kości. brakowało powietrza, przestałam pisać wiersze i czekać na miłość. byłam tak bardzo zmarznięta i znudzona, że zapomniałam o czesaniu włosów i przebieraniu sukienek. żeby przestać śnić o martwej tobie zaczęłam malować rysunki, na których się śmiejesz i biegasz boso po trawie pełnej pszczół. potem, żeby nie zwariować, zaczęłam malować kolorowe kurki od gazu, których nie dało się odkręcić naprawdę. myślałam, że już do mnie nie wrócicie. pamiętam, że całym wrzątkiem przygotowywanym dla was na herbatę, podlewałam nasze łóżko. na smutnym prześcieradle wyrósł wtedy las, w który mogę zabierać cię teraz na spacer. ona, proszę cię, nie biegnij tak szybko. dlaczego już się nie uśmiechasz? dlaczego, jak szalona szukasz między paprociami swojej srebrnej sadzawki? księżyc nie zniknął, gdy przestałaś go głaskać po wodzie.

18

ANATOMIE DE L`ENFER


twoje dłonie zostawiają ślady na ciałach, w których nas nie ma. co noc ona i ja zamykamy lalkom oczy, połykamy szkło i z daleka śpiewamy kołysanki do twoich lepkich snów, które odbywasz w cudzym łóżku. łóżku, w którym nas nie ma. widziałam to na rysunkach braci siedzących na szczycie karpat. gdy byłam mała przerażały mnie ich głowy dziko porośnięte świerkami, ich ciała wypełnione po same gardła ziemią, ciężką od listopadowych deszczy. skóry mieli tak bardzo przezroczyste, że widać było przez nie ich ciężkie wnętrza, pełne różowego, pełzającego robactwa, którym karmiły się okoliczne ptaki. na rysunkach braci pojawiały się nagie dziewczyny o idealnie nastrojonych krtaniach. mechaniczne słowiki, do których dorysowywano potem złote klatki i bogatych właścicieli. ostatniej nocy pomyślałam, że ona i ja mogłybyśmy wypiąć serce i umieścić je na twoim sosnowym nakastliczku, jak żywą pozytywkę, do której mogłabyś przykładać ucho, gdy byłoby ci smutno. dobrze wiesz, że ona ma ciało, które można nastroić tylko precyzyjnie ciepłymi palcami. ciało rozedrgane jak wnętrze słowika, który obserwuje twoje unoszące się za każdym oddechem żebra, jakby szukał swojej złotej klatki, w której mógłby śpiewać i po cichu umrzeć.

27

JE N`AI PAS L`TEMPS, LE TEMPS, D`ATTRAPER LA RAGE


onej śni się iri, która trzyma na kolanach wielkie, złote jabłko, podobne do tych z jej kolczyków, które ostatniego wieczoru miała na uszach. księżyc gaśnie. na ledwo żarzącym się kawałeczku iri odpala niebieskiego vogue`a. patrząc na nią ona wyobraża sobie dwie nagie kobiety zrośnięte ze sobą ustami, jak wygłodzone ryby. babka opowiadała kiedyś onej, że zamiast powietrza ryby łapią swoją ślinę; ktoś je obserwuje. na przypalonym dachu kamienicy siedzi rudowłosy chłopiec i strzela z procy do gwiazd. łapie je szybko w słomkowy rondel kapelusza, a potem zwisając całym ciałem na dół rozsypuje to martwe confetti na dziedzińcu. ona śmieje się z jego wielkich piegów, koziej bródki i niewielkich kopytek, których hałasem budzi co noc stare koty i przestraszone dzieci. potem balkon coraz bardziej kurczy się, zaczyna zrastać najpierw z pokojem, a potem z łóżkiem, na którym obie nie mają już bluzek ani wstążek we włosach. znika okno a wraz z nim całe niebo. zmarznięte, nagie ciała wtulają się w siebie tak mocno, jakby były głęboko pod wodą, w wannie przykrytej grubą krą lodu. jest cicho, ciemno, można karmić się tylko ciepłym naskórkiem ust, albo włosami. ona jest spokojna. ma w głowie słowa nie bój się mnie. jestem naga w tobie, razem unosimy dłoń, dotykając się od środka. ma w głowie miękką skórę iri i kształt jej dłoni. odkąd się poznały sny onej pachną perfumami jej czerwonowłosej dziewczynki. pachną tak, że nad ranem chciałoby się kochać i znowu zasypiać.

24

LES CHIENS SE FROTTENT AUX HERBES SAGES


ciało onej porównałabym do tego małego, chłodnego przytułku z wybitymi oknami, na środku którego, zamiast żarówki, ktoś zawiesił mocno zaciśniętą szczękę jej serca. wiatr ciągle porusza firankami i ponacinanymi płatkami skóry. gdy ona była u iri wiatr na dworze był równie mocny jak ten z jej ciała. układał włosy w złociste rozgwiazdy na całej tafli łóżka. potem przyszła burza. gołębie chowały się na balkonach pod rozwieszonym praniem. nad ranem iri znalazła jednego, który tej nocy umarł ze strachu. ona płakała, bo sprzątaczka zabrała go i wyrzuciła na śmietnik. ona chciałaby pochować go w kartoniku po soku pomarańczowym, a potem słonymi od płaczu ustami całować się nad jego mogiłką. ona, powiedz mi, dlaczego wciąż śpisz na liście od tej dziewczyny? zmięty papier coraz bardziej przypomina prześcieradło, zapisywane przez noc wypłakiwanym tuszem do rzęs. czasami bardzo chciałabyś go połknąć i owinąć nim serce, jak złotym, szeleszczącym papierkiem po miętowym cukierku. chciałabyś wreszcie ukraść swoją dziewczynę tym wszystkim chłopcom, którzy tak naprawdę nigdy nie wsuną się w jej ciało równie miękko i mokro jak ty. chciałabyś, żeby każdą z nocy spędzała pod twoim grubym warkoczem. bezpieczna i senna. ciepła jak wczoraj, gdy całowałaś jej białą szyję w ciemnym pokoju pełnym zapachu wiedźm i kadzideł.

3

J`SUIS UN MANNEQUIN GLACÉ


ona pisze teraz baśń o chłopcu, który kolekcjonował dziewczyny i idealnie naostrzone noże. chłopiec nie nazywał się edward. mieszkał w praskiej dzielnicy pełnej czarnych kotów i tęczowego prania wywieszonego równo na balkonach, dzięki któremu w kamienicy zawsze pachniało chemicznym latem. zamiast balonowych gum do żucia chłopiec sprawiał sobie dziewczęce serca, które tak długo trzymał w buzi, aż całkiem traciły smak. przyklejał je potem pod stoliczkiem, na którym wyżynał nocami swoje niepoprawne wiersze. ona i chłopiec mają dużo wspólnego, ale nie wolno mi jeszcze o tym pisać. widziałam wczoraj, jak ona ściągała przez okno wielki, burzowy kawałek nieba, z którego ma zamiar uszyć sobie sukienkę na czwartek.

36

SE LAISSER RÉPANDRE DANS LES LAVABOS BLANCS


przez sen babka wciąż powtarzała onej, że tęskni za dziadkiem, jak trumna potrafi tęsknić za chłodną kością. ona bała się jej wtedy najbardziej i przesuwała to stare, porośnięte zmurszałymi grzybami ciało na drugi skraj łóżka, jak najdalej od siebie. potem odwracała głowę w stronę wielkiego okna, przez które wciskał się do pokoju księżyc zaplątany w linie telefoniczne i zsuwała małą, pobrudzoną glebą rączkę w błękitne spodnie od piżamki. babka mówiła, że baśnie najszybciej przenikają przez skórę i pozwalają śnić o złotych chłopcach. podczas ostatniego lata, żeby babka nie umarła od płaczu, mała ona zaczęła przekopywać dłońmi marchwiowy ogródek, w którym pochowały kiedyś dziadka w jego kremowym, kubańskim kapeluszu. postanowiła posadzić go obok porośniętego mchem łóżka, żeby stara babka miała do kogo mówić przez sen, gdy przyjdzie jesień i ona będzie musiała wrócić do swojego domu. po dziadku został jednak tylko zmięty kapelusz i paczka kubańskich cygar, które babka pali teraz zawsze, gdy opowiada nam na dobranoc baśń o siedmiu łabędziach. ona może już pić z babką wódkę i wspólnie przeklinać śmierć. żeby nie zmarznąć podczas długich, sierpniowych wieczorów, przykrywają stopy kołdrą wyszywaną ciepłymi świetlikami, które ona hodowała kiedyś w dzieciństwie, w ruchomej piwnicy dziadka, gdy ten jeszcze żył i strugał nocami swoje drewniane machiny. babka wciąż woła ich na słodką herbatę z mlekiem. jest cicho. na krzesłach myją się stare koty.

14

ELLE VIENT, ELLE VIENT, ELLE VIENT


pod kołdrą otworzysz list, pełen fragmentów jej ciała, których jeszcze nie dotykałaś. teraz chodź, nim noc spłynie po kamienicach przespacerujemy się razem zacienionymi bulwarami. zjesz dwie porcje lodów malinowych i będziesz się uśmiechać do niebieskich chłopców spod wielkiego słomkowego kapelusza. potem pomalujesz usta na czerwono, przeglądając się w wielkim oknie wystawy sklepowej i pobiegniemy w stronę ulicy, na której możemy ją spotkać, gdy będzie wychodziła z zajęć japońskiego. wtulisz się w jej szyję, jakby całe dzieciństwo kazała czekać na siebie na wielkiej, starej stacji kolejowej, z której pociągi odjeżdżają do zeniby, garbatej wiedźmy, o której opowiadała ci przed snem, gdy nie pozwalałaś nikomu dotykać swojego przestraszonego ciała. teraz będzie już bezpieczniej. iri zmruży na tobie brązowe oczy, jakby przykrywała cię ciepłym kocem. gdy spadnie majowy deszcz, obejmiecie się na wietrze swoimi kwiecistymi sukienkami.

Iri, jesteś Tu?

52

LE POULPE INDEPENDANT COURT LE LONG DU COULOIR


na spiczastych palcach przechodzi najpierw przez bramę naszej kamienicy. usypia stróża i płowe doniczkowe róże. zawsze nocami zagląda w nasze okna. wielki, tłusty czarodziej, z gwiazdami zawieszonymi na długiej, posklejanej kawą brodzie. obie wiemy, żeby nie patrzeć na jego dłonie pełne małych złotych chłopców, których zdmuchuje prosto w dziewczęce oczy, jak drobny trujący pyłek. jesteśmy przeklęte, bo wierzymy w baśnie i sny wychodzą nam spod powiek, jak bluszcze. wycinamy kochanków z książek braci grimm i zaciskamy uszminkowane wargi na ich cienkich ciałkach. jesteśmy łatwopalne. gdy śnimy tłusty czarodziej polewa nasze prześcieradła benzyną. czasem całujemy go po brzuchu a on w upalne popołudnia zabiera nas do coffee heaven i kupuje za to mrożoną kawę z lodami malinowymi, od której się uśmiechasz.

8

DES QUI VOUS FONT REVER TRES TARD DANS LES LECTURE


`chciałabym głaskać się z tobą po udach.` ona chciałaby nie bać się zaglądać dłońmi pod twoją przepastną spódniczkę, pełną zachodzących księżyców i dzikich róż. teraz jesteś dla niej odleglejsza od gwiazd i papierowego nieba, w które wyciera swoje przemoknięte płaczem wiersze. ona musiałaby zacząć cię od nowa. pocałunek po pocałunku, jak zaczyna się pierwszą dziewczynę. `pozwól mi wziąć cię w ramiona i pociągnąć w stronę słońca. twoje włosy zajmą się żarem i spłoniesz. a potem ostygniesz przy świetle księżyca.` iri, boję się. boję się tak bardzo, bo chciałabym, żebyś była na-zawsze. moja wróżko, mój poszarpany jak falbanka sukienki przezroczysty wierszu. `może boisz się dlatego, że to ja się ciebie bałam. strach jest zaraźliwy, jak żadne inne uczucie. następnym razem nie będę się bała. dobranoc, kremobłękitna różyczko.` jestem pijana i chciałabym przybiec do ciebie. teraz. z ciałem pełnym mokra i ciepła. z tornistrem pełnym listów i wierszy, które pisałam, gdy karmiłaś mnie tęsknotą i niedotykami. w skórzanej obroży, do której mogłabyś przypiąć cienkie pasmo swojego ciała.

19

DES ARMES BLEUES COMME LA TERRE


w ogrodzie za domem, pod świeżo skoszonym trawnikiem zakopała kiedyś babkę siedzącą na krześle. przerażała ją jej odchodząca od serca skóra, znikający kolor wielkich tęczówek i garstka srebrnych włosów zaplecionych w chudego warkoczyka, który całymi dniami ściskała w dłoni, jakby ktoś chciał jej go ukraść. kilka nocy później pochowała też złotą klatkę, razem z zaśniętym w niej słowikiem. ptaszek leży teraz pod ciepłą warstwą ziemi pełną zasadzonych marchwi. tylko my wiemy, jak bardzo bałaś się, że przez noc ktoś połknie jego piórka albo wypcha nimi twoją niebieską poduszkę, gdy będziesz spała. pamiętasz, gdy byłaś mała, na łańcuszku pod batystową bluzeczką nosiłaś grzechoczący szkielecik wróbla, przez który prześwitywał jeszcze maleńki ogryzek serca. dzieci z podwórka zazdrościły ci go, tak samo jak tego wielkiego łuku, który wystrugałaś razem z dziadkiem w jego magicznej, ruchomej piwnicy, którą przemieszczaliście się pod cudze domy, żeby wciągać przez podłogę chłopców, z którymi mogłabyś się bawić. zabierałaś ich do ogromnego sadu, pełnego uginających się pod ciężarem ptaków jabłoni. chłopcy chwytali je w dłonie i układali w gniazdach z twoich loków, albo przypinali do twojej sukienki, jak kolorowe broszki, którymi się zachwycałaś. ona, chciałabym jeszcze raz zobaczyć cię pobrudzoną słodkimi czereśniami, w wielkim pachnącym wianku na główce, który zaplotłaś w cieniu na schodach. chciałabym plastikowymi grabkami wykopać z ogrodu za domem te wszystkie serca, których tak bardzo się wtedy bałaś. oswoić do nas lato, i księżyc, i ptaki.

16

DANS LES YEUX, DANS LES BRAS D`UNE FEMME


mała damo, są takie noce, kiedy pisze się wiersze i uspokoić głowy nie można. godzina czwarta nad ranem, gdy księżyc leniwie opuszcza niebo, a potem wchodzi do mojego pokoju i pijemy denaturat. rozmawiamy o alfredzie kubinie, grzebiemy nerwowo po sercach, przeklinamy zachlanych postmodernistów. przez okno widać zielone, jaskrawe światła i smutnych chłopców uwijających się w piekarni, zamyślonych nad śpiącymi w domach dziewczynami, które dałyby się nakarmić ciałem, zamiast chlebem. coraz wyraźniej słychać ciężkie odgłosy chlebowego pieca, senne dłubanie rąk w słonych ciastach, szczekanie głodnych psów. cokolwiek teraz nosisz w swojej bolesnej głowie, moje ciało przemyca ciepło w twoje. nocą jesteśmy sobie bliższe i bardziej zrozumiałe. to twoje lauro, lauro, lauro, lauro, brzmi jak zaklęcia, które rzucasz na przypadkowych chłopców. teraz śpij, napiszę znów.

11

SOUS L`HERBE, DANS LE CIEL ET PUIS DANS L`ÉCRITURE


nad łóżkiem wisi wciąż kadłub chrystusa, który znalazłaś na osiedlowym śmietniku. pokochałaś go, jak pokochuje się od pierwszego wejrzenia chłopca, noszącego nad głową skórzaną obrożę zamiast tłustej aureoli. ona, piszę do ciebie, bo jest tak, jakbyśmy zapadały się w obce części siebie samych. moje dłonie powoli drętwieją od trzymania bólu, a mogłyby chować w sobie twoje serce tak, żebyś już nigdy nie musiała przechodzić z płaczem przez zimne ściany naszego pokoju, wpychać łez w poduszkę, w lustro, w dziurawe akwarium po zdechłej rybce. pamiętasz, jak tańczyłyśmy nocą na krawędziach kolorowej, osiedlowej karuzeli? potrącałaś sobą gwiazdy a one otwierały się jak smutne pozytywki, żeby nucić ci do amatorskiego tanga. zawsze już pozostaniesz dla mnie tą małą damą z obgryzionymi do krwi paznokciami.

14

LAURA PLATNER DIT QU`ELLE A MEME PAS PEUR


bajki nauczyły ją nie bać się burzy i złotych włosów głośno wypadających z nieba. tak naprawdę to ona wie, że w błyskawicach mieszkają smoki, które dają się ugłaskać, jeśli pozwoli się im zamieszkać pod łóżkiem. późnymi wieczorami, gdy rodzice idą spać, ona owija szyję ciepłą, błękitną chustą i rozświetla nocne niebo swoimi długimi, zbożowymi włosami, trzymając się kurczowo rączkami gęstej grzywy swojego oswojonego smoka. lecą wysoko nad czerwonymi dachami pragi, nad wesołymi miasteczkami pełnymi roześmianych dzieci i cukrowej waty, nad waszymi chorymi głowami zatopionymi w snach. ona jest tą czarodziejką, która wkrada się nocami przez niedomknięte okna, zeskakuje cicho z parapetów wewnątrz mieszkań i kradnie na chwilę smutnym dziewczynkom ich ciepłe serca, żeby ogrzać sobie nimi martwe rączki.

14

LES RATS PEUVENT PLUS SE MARRER. S`ENFUIR S`CACHER


ona zmienia skórę. otwarte okna patrzą wprost na jej smutną, dziecinną twarz, na te dziury wielkości gwiazd, w których zamieszkały okrągłe łzy. ona wygląda teraz tak, jakby miała twarz wyłożoną perłami. wciąż pamięta, jak tamte miastowe dziewczyny, naśladując romantyczne kochanki, przykładały się do jej ciała spazmatycznym płaczem, zupełnie jakby gasiły na nim żarzące się jeszcze vogue niebieskie. ona, wciąż uparcie rozbierasz się z siebie, jakbyś chciała zniknąć. widziałaś, jak na ulicy oglądali się za tobą chłopcy w niebieskich, potarganych dżinsach? nie patrz tak smutno w chodnik, jakbyś szukała ukochanego po grobach. takie anioły-beksy jak ty, zamiast aureoli noszą nad głową niemodne, krzywo wycięte toczki w kształcie księżyca. ona, o czym myślisz, gdy stajesz wieczorem przed lustrem i nakładasz na usta grubą, ciężką warstwę bordowej szminki, którą chcesz zakryć te wszystkie cudze pocałunki? czy po twoich snach biegasz w tych czarnych halkach, które ubierasz na siebie do snu? którą miłością jesteś tak bardzo zmęczona nad ranem? tą wieczorną, czy tą, o której wciąż śnisz? ona, proszę cię, usiądź obok mnie. chciałabym być ci bliższa, niż ci wszyscy biali lekarze albo postacie z bajek, którymi się karmisz. przecież czeszemy się w te same dwa koczki, jakie miała czarodziejka z księżyca, obie nigdy nie nosimy staników, zawsze zatrzymujemy się przy martwych gołębiach i przenosimy je na rękach z ulicy na trawnik. ona, czy ty mnie słuchasz? na kogo tak boleśnie patrzą twoje oczy przeze mnie? chciałabyś się kochać? więc dobrze. wyciągnij nogi na biurko i zapomnij, że jestem twoje ciało, twoja głowa, twój ciężar.

6

DES QU`IL FAUT SE GARDER AU CHAUD AU FOND DE L`ÂME


ona wierzy w to, co zobaczyła oglądając bajki.

10

A LA FIN DE L`ETE


w nocy śni się jej, że leżycie u ciebie w łóżku. ona chce, żebyś ją tuliła, ale masz tak martwo zesztywniałe ręce, że musi ci je łamać w kościach, żebyś mogła ją objąć. ciepło przechodzi między ciałami, jak cienie na ścianach, miękko i powoli, jakby szły w sen. ona boi się, że usta, w które owiniesz jej skórę, nad ranem wyschną a potem opadną z niej uszminkowanymi płatami mięsa. opadną raz na zawsze, jak pogrzebowa sukienka, jak łzy po pierwszej ukochanej dziewczynie.

ona, powiedz mi, dlaczego biegasz boso po mieszkaniu? dotykając gołym ciałem ziemi nie jesteś bliżej grobów.

2

LA LISTE DES PARFUMS


ona podgląda przez wielkie, strzeliste okno księżyc, wspina się gołymi nogami na parapet i bierze go w obie ręce. teraz ostrożnie przenosi na drugi koniec pokoju, gdzie stoi jego łóżko. na górnej krawędzi księżyca siedzi chłopiec, ma wielkie brązowe oczy i zapadnięte policzki. ona ściąga mu skórzane trzewiki, kładzie go na prześcieradle, przykrywa swoją błękitną kołdrą i klęka przy jego uchylonym sercu. nic tak pięknie nie rozwiewa jej długich włosów, jak ta krew, którą tuli się do jej małego ciała, gdy ona z opętaniem w palcach wyciąga z niego długie zwoje żył i oplata dookoła ostrych bioder. potem ona jeszcze raz bierze w dłonie księżyc i wyłuskuje z niego tłusty środek, w który wchodzą oboje, jak w złotą obrączkę. następnego wieczoru ktoś wchodzi do mieszkania, odsłania kołdrę z wielkiego okna
i wywiesza na niebie wydrążony blask księżyca.

5

A CARESSER DE LOIN, TON CHIEN


obudziłaś się ciepła, zaplątana we własne włosy i jego długie ręce. każdej nocy, kiedy kładziesz się do łóżka wabiona zapachem trucizny na jego dłoniach myślisz o tym, żeby poprosić go o śmierć. dlaczego tak bardzo chciałabyś już osierocić swoje letnie sukienki, plastikowe perły i zasuszone wrzosy? nie było jeszcze takiego lata, żebyś nie chwytała go za rękę i nie biegła z nim na najsmutniejsze wzgórze za miastem, gdzie każesz mu zawsze z zamkniętymi oczami kosić twoje uda tępym nożykiem do rybek. kochacie się jak dzieci. on przynosi ci do łóżka białogłowe stokrotki a ty całujesz jego twarz, jak święty obrazek z aniołem stróżem, który zamknęłaś w szufladzie, odkąd umarła babka. na niedzielne spacery pakujecie do tornistra butelkę wina i ciepłe kromki chleba, posmarowane grubo masłem i posypane szczypiorkiem. łapiecie kolorowe motyle i błękitne ważki, chowacie je do słoików i patrzycie, jak umierają. ona, jeśli będziesz chciała, twój drewniany chłopczyk weźmie cię w te wakacje nad morze. nigdy tam jeszcze nie byłaś. nie zjadałaś ze smutku, garściami, mokrego piasku. ona, wybierz najładniejsze sukienki i jedźmy. jeśli chcesz, możemy już nigdy nie wracać. wybudujemy ci najpiękniejszy grób z błyszczących muszelek. wypuścimy go na morze i zabiorą nas mewy. chłopczyk przez całą wieczność będzie dla ciebie wiosłował bosymi stópkami, w bawełnianej koszulce i z wielkim, słomianym kapeluszem na głowie. będzie śpiewał ci do snu niebieskie kołysanki.

11

TROIS PETITS TOURS ET PUIS S`EN VA


wrócił drewniany chłopczyk. teraz oboje myślą o dzisiejszej nocy. ona już wie, że to będzie biała rzeź. siadają obok siebie, zapalają papierosa, poprawiają prześcieradło i puszczają ze smyczy jej wygłodzony, śliniący się mózg. w ciszy obserwują, jak umiera, wijąc się wściekle na brudnej podłodze. w trakcie agonii cały czas gaszą i zaświecają żarówkę, jakby to był ich własny spektakl, dokonywany na najboleśniejszym fragmencie jej ciała. taka śmierć-na-niby, erotyczna-ruletka, zabawa-w-lizanego. tak bardzo chcieliby być tymi gołymi dziećmi, wychowującymi się całe życie w samotności, na strychu. wychowującymi się tylko na swoich ciałach.

ONA PRZED CHWILĄ UMYŁA DŁUGIE WŁOSY I ZAKRĘCIŁA JE SOBIE WOKÓŁ BIODRA.

ona, powiedz mi, boisz się iść z nim dzisiaj do łóżka? ciągle poprawiasz sobie serce, jakby nie było miejsca w twoim ciele, gdzie wyglądałoby dzisiaj dobrze. jesteś zdenerwowana, czy podniecona? chodź, rozbierzemy cię. on, jak wierny, wygłodzony pies czeka już, aż rzucimy mu na kolację twoją skórę. pamiętasz, mówiłam ci kiedyś, że z niczym nie jest ci tak do twarzy, jak z orgazmami, które ci daje.

12

S`AIMAIENT A L`ARRIERE DES TAXIS


ona wie, że przez okno księżyc wygląda całkiem jak ojciec, zamyślony mokro nad jej smutnym, przestraszonym łóżkiem. tamtej majowej nocy zaplatała swoje stalowe warkocze na kolanach, przed jego odsłoniętym jak krzyż brzuchem. płakali na zmianę. ona długo nie była w stanie pozbierać swoich zwiędłych ud z podłogi, a on długo nie mógł Skończyć wywracać jej sobą w sercu. ona się boi. niech ktoś nauczy ją zasypiać w bólu.

wycinam dla niej ciepłych chłopców ze sztucznej skóry.

15

MARIONNETTE S`ENDORT ELLE IMITE LES MORTS


wraca przez deszczowe centrum miasta. przemakają jej czarne rajstopy i pastelowa sukienka. na chodnikach wymijają ją smutne, obojętne ludzkie ciałozbiory z jednakowo obcymi twarzami, o których pisała wczoraj p. ona, myślisz, że mogłabyś tam zatańczyć? na środku tej ulicy, na której topią się w kałużach czerwone światła latarni i twoje zniekształcenie odbite ciało. przyjrzyj się teraz uważnie. widzisz, jak przerażają ich twoje smutnie ściągnięte ustka? przypominają za mocno zawiązaną kokardkę na szyi tej marionetki, która potem umarła.

tańcz, marionnette, tańcz. wśród wypełzłych na deszczu glizd i świecących larw.

2

DE SES PIEDS UN ANGE PASSE


długo w nocy nie mogłaś zasnąć. z rączkami zaciśniętymi na telefonie czekałaś, aż twoja dziewczyna ci odpisze. ona, nie udawaj przed samą sobą zakochanej. nigdy jeszcze nie pokochałaś kobiety tak, żeby potem płakać. jesteś głupia. przecież powinnaś być zimna, jak rasowa psychopatka. chociaż, ty przecież lubisz karać samą siebie. lubisz zamykać się na długi, romantyczny wieczór w łazience, razem z bukietem jednokolorowych żyletek. lubisz spuszczać swoją krew ze smyczy na szybki spacer między ciałem a podłogą. lubisz drapać przed snem ścianę obok łóżka i wyjadać spod paznokci gorzką farbę. żal mi ciebie dzisiaj, ona. chodź, pójdziemy przed lustro i zapleciemy ci piękne warkocze. potem zrobimy słodką herbatę, albo dokończymy wódkę. pogłaszczę twoje łydki a potem uda. zastąpię ci chłopczyka i dziewczynkę. zastąpię ci ciebie samą.

3

MAIS ON N`SENT PAS LA DOULEUR


ona chciałaby, żebyś przestała już milczeć. żeby wiedźmy z twojej ściany rozpuściły włosy w jej smutne sny. żeby twoje głodne łóżko zjadło was obie; gdy przyszło tych dwóch chłopców, ona schowała się w kącie pokoju. zaciskała serce w przezroczysty kaftanik płaczu, żeby nie umrzeć, gdy zatapiałaś w niej brązowe oczy pełne orgazmów, które tamci dawali ci raz za razem. ona nie rozumie twojej miłości, rozkrojonej niestarannie jak nadgnita pomarańcza. ona boi się nocować w szafie z lustrem. proszę, wyjmij ją stamtąd i całuj.

1

CHAQUE NUIT SE RÉDUIRE EN CENDRE


jest na tobie tylko ta zmarznięta, zmarła skóra, której boisz się dotykać, jakby miała się rozsypać na miliony ciebie. zamiast głowy masz akwarium pełne słonych pijawek, które karmisz zawsze nad ranem. chłopczyk niedługo pójdzie spać. chciałabyś, żeby przed snem długo robił sobie dobrze dłonią pełną zapachu twojego dzisiejszego ciała. chciałabyś to dokończyć. ty i to twoje profesjonalne serce.

dziewczyna bez ojca zrobi dla chłopca wszystko.

0

L`AMOUR AU TÉLÉPHONE


ona, nie jest ci zimno? zostawiłaś swojego chłopca w wielkim, mechanicznym mieście i nawet nie zapytałaś, czy zjadł już kolację. po drodze do b. słuchałaś the cure i śledziłaś przekrwionymi oczami opadające krawędzie nieba. wciąż jest ci smutno, to widać. on też to widzi i chciałby cię całować, żebyś choć na chwilę zapomniała o bólu. tak jak dzisiaj rano, gdy układał głowę na twoim brzuchu a ty robiłaś się coraz bardziej zimna i smutna, jakbyś zapadała się w samą siebie. tam jest przerażająco, prawda? ona, czy jego czułość i jego język nie potrafią już przedrzeć się przez płaszcz twojej skóry? chcesz, możemy poszukać u rodziców jakiegoś wina albo wódki. dawno nie byłaś aż tak bardzo pijana, żeby się rozpłakać. ciągle myślisz o tej dziewczynie, która chyba wcale nie myśli o tobie. ona, biegnij do niej. bosa, rozczochrana, zapłakana. biegnij, otwórz drzwi od jej domu i zacznij ją całować, jakbyś chciała zrzucić z niej zły czar, który was rozdzielił.

0

ET DES POETES DE SERVICE A LA GÂCHETTE


ona, tamta dziewczyna napisała wtedy, że serce wyprodukowano z koszmaru, pamiętasz?

wiem jak bardzo boisz się, że po drugiej stronie nie ma nic, co byłoby ciepłe i baśniowe. chciałabyś umrzeć trzymając się z chłopcem za ręce, opętana jak bluszcz, pachnąca najdroższymi perfumami. teraz, po nocach, projektujesz pajęczą sukienkę ślubną, którą chcesz uszyć na starej maszynce do szycia. najbardziej jednak obawiasz się tego, że wianek z żywych stokrotek na twojej głowie za szybko zwiędnie, jak zła wróżba. boisz się jeszcze miliona innych rzeczy, dlatego unikasz wszelkich konfrontacji ze światem. to dziwne, że wszyscy uważają cię za odważną i pewną siebie. tak, wiem, potrafisz perfekcyjnie odgrywać swoje role, przecież przez kilka lat pojawiałaś się na scenie teatru. lubiłaś nie być sobą. czy ty właściwie, ona, potrafisz czuć naprawdę? jesteś taka zimna, obca, ukryta gdzieś głęboko pod stertą cienkich warstw skóry. nie mamy pewności, że robimy dobrze. od zeszłej jesieni hodujemy dużo paprotek, żeby czuć się jak w lesie. ona, dlaczego właściwie lubisz las? ile razy marzyłaś, żeby uciec z domu o północy, w samej koszulce nocnej i umrzeć w miękkim śniegu, zimnym jak ramiona zaśniętego na wieczność chłopca. pisałaś o tym wiersze, długie jak pierwsze pocałunki. wtedy jeszcze potrafiłaś się modlić z kroplami potu na skroniach. po szkole biegłaś do przydrożnej kapliczki, rzucałaś się na kolana jak opętana i śpiewałaś w myślach mokre litanie do serca swojego wymarzonego chłopca. gdzie zniknęła ta wiara? ona, boję się o ciebie. boję się o nas dwie.

0

UN SILENCE DE TOI, POUVAIT POUSSER MON RIRE A MOUR


ona, powiedz mi, dlaczego chciałabyś wyciągnąć mu przez gardło serce, wyłowić je sobie na ostro zakończonym haczyku, który potem połknęłabyś razem z tym nabrzmiałym kawałkiem mięsa. ona, musisz pamiętać, że on umarł. nie ma go. została wilgotna piwnica z zardzewiałymi rupieciami. niedługo wyburzą osiedle, na którym pierwszy raz się całowaliście a on ściągnął ci majtki i ty płakałaś. pamiętasz? ona, wystygnie ci herbata, jeśli zaraz nie przestaniesz się mazać. zamknij okno, jest zimno. przeziębimy się. przebierz się we frotową piżamkę i chodźmy spać. za twoimi powiekami ktoś na pewno na nas czeka.

0

J`AI MIS LE FEU A TOUT CE QUE J`AI TOUCHÉ


nie możesz zawsze płakać, marionnette. słoiczek zapełnia się łzami i niedługo utopisz w nim tych, których kolekcjonujesz. dobrze wiesz, że pokochujesz wszystkich, których dotkniesz. nocami, zamiast spać, piszesz im wiersze i zdobisz je ochłapami swojego nadgnitego serduszka. ktoś rzucił na ciebie klątwę i teraz śpiewasz ludziom zatrute kołysanki, od których boli mnie głowa.

marionnette, czy potrafisz jeszcze kołysać do dobrych snów?

0

LES FLEURS DU MAL


ona ma dar. chłopcy suto nafaszerowali ją mokrymi zwojami bandaży, w które wypłakuje teraz każdą nocą swoją małą krew, drapiąc się do kości po torturniczym kochaniu. ona w swoim własnym scenariuszu pełnym cierpię-tnictwa i znoszonego bólu odgrywa rolę pełną metalowej, mechanicznej elegancji. wycieńczona noszeniem dwóch skrzydeł sterczących z jej koślawych łopatek garbi się coraz bardziej, coraz głębiej w stronę ziemi, w której leżą już od dawna jej ukochani chłopcy z podwórka, na którym to podnosiła zawsze wysoko marynarską sukienkę i siusiała, zaznaczając swój teren i swoich towarzyszy zabaw, które potem nazywali już torturami. oną odwiedza
w łóżku księżyc. bawią się światłem przeciąganym ślisko przez łydki. są pełni oparzeń i gęsto rozmnażających się ciem. ona przyciska księżyc do swojego brzucha. księżyc wyciąga bandaże jak różowe jelita. mówią do siebie przez zamknięte oczy.

0




Laura Duvall (właśc. Laura Kamila Kansy), studentka czwartego roku filologii polskiej. pochodzi z Brzeska, mieszka w Krakowie. zajmuje się literaturą i fotografią. proza i poezja publikowana w pismach 'RED' i 'PORTRET'.